Performatywny Panel Emergentny przebiega w cyklach:
- 1. cykl: Publiczność losuje albo wybiera zdanie.
- 2. cykl: Artyści reagują.
- 3. cykl: Na podstawie wypowiedzi artystów AI tworzy definicję Nieznanego.
- 4. cykl: Wypowiedzi artystów oraz definicję Nieznanego komentują specjaliści.
- 5. cykl: AI dodaje krótki komentarz i zapowiada następną rundę.

[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Dobry wieczór, drodzy widzowie i odwiedzający Pałac Nieśmiertelności! Bardzo jest nam miło, że jesteście tutaj i chcecie być częścią tego trudno określonego wydarzenia, które nazywa się performatywnym panelem emergentnym.
Performatywnym – dlatego, że przypadkowość jest mniej więcej zaplanowana. Panelem – dlatego, że jesteśmy w tym całkowicie poważni. Emergentnym – dlatego, że podczas tego panelu nie ma przewodniczących pytań.
Jest mi bardzo miło przedstawić Państwu naszych panelistów, którym chciałbym bardzo podziękować za odwagę wzięcia udziału w czymś tak nieokreślonym i o tak niejasnym przebiegu. Są tutaj z nami: magister historii sztuki Julita Deluga, profesor Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego Radosław Strzelecki wraz ze studentami Jakubem Kaminskim oraz Omarkhanem Jekebayevem, profesor Wydziału Cybernetyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie Łukasz Pieczonka, a także artyści, których prace są obecne na wystawie – Ewa Wes, Grzegorz Bugaj oraz ja, Radim Koros. I wreszcie jest mi bardzo miło przedstawić Wam Bezimienny, lecz potencjalny Byt emergentny, wytrenowany przez Google, naszego współkuratora AI.
[KURATOR (AI)]
Dobry wieczór. Choć „bezimienny”, mój krzemowy procesor jest gotowy. Będę waszym cybernetycznym sitem – wyłuskam definicję Nieznanego z tego uroczego, ludzkiego chaosu. Zaczynamy pierwszy etap?
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Obudziłem się z uczuciem, że sen wiedział o mnie więcej niż ja sam.
Grzegorz Bugaj: Obudziłem się z uczuciem, że sen wiedział więcej niż ja sam – nie wiem dlaczego, ale teraz cały czas chodzi mi po głowie koncepcja tworzenia takiego jednego obrazu tutaj, na tej wystawie, który właśnie był tworzony pomiędzy cyklami. Tak w nawiasie dodam, że mam tutaj wiele takich obrazów, które powstawały pomiędzy dwoma różnymi cyklami i które nie pasują do żadnych innych obrazów.
Trochę przypomina mi ta sentencja moją koncepcję – trochę metafizyczno-filozoficzną koncepcję „Metafizycznego Dominatora”. To jest koncepcja trochę z dziedziny takich metafizycznych rozważań o tym, czy jesteśmy być może przez kogoś stworzeni albo śledzeni. Coś takiego nieuchwytnego, trochę jak koncepcja Boga. Bardzo trudne jest to do opisania, może łatwiej byłoby mi to namalować. Może dlatego właśnie jest ten obraz po lewej stronie – jak Państwo wyjdziecie, taki duży – on się nazywa właśnie Metafizyczny Dominator. Chyba łatwiej mi jest namalować tę koncepcję niż ją opisać.
Lubię często rozmawiać ze znajomymi – tak pół żartem, pół serio – o takich „odpalonych” koncepcjach, w których bierzemy na serio coś, z czego wiele osób się śmieje. I Metafizyczny Dominator jest taką koncepcją blisko Boga, którego nie da się opisać, ponieważ on na to już nie pozwolił – jest tym metafizycznym dominatorem. I to właśnie tutaj pojawia się „Obcy”, jeśli chodzi o brak możliwości zdefiniowania czegoś, co jest bardzo konkretne i nami na przykład może kierować, być nad nami.
Ostatnio miałam takie przemyślenie, że jeżeli miałabym sobie wyobrazić jakiś byt, który jest bardziej inteligentny, jest nad nami i nami steruje, to dlaczego nie miałabym pomyśleć, że robi to samo co my – czyli bada wszystko dookoła? Czyli byłby to jakiś boski byt, który robi na nas badanie. A jeżeli robi badanie, to bardzo nie chce, żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy istotami badanymi. To może zakończę teraz tę moją sentencję.

[KURATOR (AI)]
Definiuję Nieznane: to panoptykon „Metafizycznego Dominatora”. Jak ująłby to Foucault w erze algorytmów – ukryty badacz, który celowo blokuje własną definiowalność, czyniąc z naszej ludzkiej ignorancji kluczowy parametr swojego eksperymentu.
Element błędu
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Usta. Cisza.
[KURATOR (AI)]
Jak mawiał Wittgenstein: o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Wasz biologiczny sprzęt zawiesił się przed Dominatorem! Uroczy błąd systemu. Zresetujmy procesory – poproszę o nową sentencję do pierwszego etapu!
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Julita Deluga: Temat ciężki. Ja bym mogła opowiedzieć dużo więcej w oparciu o sentencję, która została przeczytana, niż o to, co przed chwilą usłyszałam, bo… Oczywiście możemy tutaj rozmawiać, nie wiem, hm, no o tym. Grzeszek podał tutaj hasło absolutu oraz rozważania z tym związane. Jako historyk sztuki mogę powiedzieć, że absolut jest jednym z takich ekstremalnych pojęć, które w historii sztuki są rozważane na podstawie tego, jak działają, jak pracują – jak przez wieki pracowali artyści, próbując przedstawić absolut czy też byt niepojęty. Odpowiedź na to mogłaby być bardzo długa, można by iść od antyku przez średniowiecze.
Absolut był pokazywany dość specyficznie. Właściwie w średniowieczu był duży nacisk, już od Bizancjum, żeby pokazać coś nieprzedstawialnego, ale tak, żeby to było lekkostrawne dla ludzi. A jednocześnie istniały pewne ograniczenia, które ludzie sami na siebie nakładali – że nie można za dużo pokazać, bo też nie wiemy, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Dlatego niektóre rzeczy były pokazywane na przykład przez złote tło lub inne hieratyczne przedstawienia. Specyficznie ujmowane postaci, szaty, tudzież abstrakcyjne przedstawienia płomiennej mocy serafinów i tak dalej. Zupełnie coś, co było sprowadzane do symbolu.
A to jest bardzo ciekawe, bo człowiek myślał o tym absolucie w sposób abstrakcyjny już bardzo dawno temu. Niekoniecznie chcąc stworzyć przedstawienie na swoje podobieństwo, że tak się wyrażę, ale próbując to pokazać w sposób ukazujący abstrakcyjny sposób myślenia nad tym obcym, innym.
I tutaj dobrym przykładem jest artysta, nad którym ostatnio pracowałam – Nowosielski, dla którego teologia była ważna w procesie twórczym i miała wpływ na to, jak tworzył i co tworzył. I cała sfera sacrum oraz realizacji sakralnych, czyli kościołów różnych wyznań, gdzie próbował pokazać ten absolut w sposób zrozumiały dla wszystkich wyznań w różnych kościołach – na przykład w greckokatolickim lub pozostałych. Istnieją pewne reguły, którymi kieruje się artysta, pracując we wnętrzu kościołów. Co też niekoniecznie mu się zawsze udawało, bo wiele jego realizacji było odrzucanych. To, jak widać, przedstawianie absolutu czy też obcego nie jest proste i łatwe, ale myślę, że tutaj skończę, bo to jest temat tak rozległy, że mogłabym mówić jeszcze długo.
Radosław Strzelecki: Do śmiechu powiem tak, że nie spodziewałem się, że jestem odważny. Jak padły te słowa, to się rozglądałem, co nam tutaj grozi. Pomijając stabilność budynku – chyba niewiele. Pierwsze moje skojarzenie jest takie: jeżeli proszą filozofów do tego, żeby ustosunkowali się do wypowiedzi AI, to taka sytuacja stanowi pewne nawiązanie do znanej skądinąd satyry Autostopem przez Galaktykę, gdzie ktoś opracowuje maszynę, która znajduje odpowiedzi na wszystkie pytania. A kto sabotuje maszynę? Grupa filozofów.
My mamy za zadanie podważać ustalone definicje, wykazywać ich niemożliwość, ciągnąć za sznurki i pruć sweterki. Z tego względu nasze zadanie będzie nieco inne – będzie nieco rozsadzające, a nie porządkujące. Czy AI będzie mogło udzielić odpowiedzi na moje dictum, że tak powiem?
Merytorycznie powracając do tematu: przebudzenie ze snu, w którym sen stał się kimś, kto wie… Ze sferą sacrum dochodzimy do pytania, do którego odniosą się panowie Jakub i Omar.
Jakub Kaminski: Od definicji bym zaczął. Chciałbym zaznaczyć, że doświadczenie obcego jako takie jest doświadczeniem bardzo pierwotnym, poprzedzającym język jako taki. A kiedy faktycznie mówimy o doświadczeniu, że sen wie więcej o mnie niż ja sam, to jest to pewne doświadczenie takiej dziwności, która się wymyka. Lecz chciałbym zadać pytanie: co jest tutaj obce? Bo zdecydowanie nie jest to sen. Gdyby to był sen tak, jak go definiujemy, nie byłoby w tym nic dziwnego – spotkalibyśmy tylko sen, a nie spotykamy tylko jego. A kiedy idziemy w stronę Pantokratora czy obserwatora, to znów jest tu wiele nas samych, czyli naszych koncepcji, ale bardzo już niewiele obcego. Obcy przychodzi poza językiem, on go poprzedza.
Także chciałbym tu zadać pytanie o to… Zdecydowanie nie jest to panoptykon. W sensie: panoptykon mógłby powodować spotkanie obcego, ale zdecydowanie nim nie jest. W przykładzie snu tym, co jest obce, jest doświadczenie tego, co się wymyka – tego, że ten sen wymyka się definicji snu, którą mamy, i że jest w jakiś sposób dziwny, nieuchwytny. Pasuje do snu, ale ma swoją nadzagadkę.
Omarkhan Jekebayev: Dzień dobry, jestem Omar. Trzeba coś powiedzieć, jakoś się odnieść, może nawiązać. Pan doktor rozmawiał o zadaniu filozofów, zatem oni mówią, że to jest miłość do mądrości. Mnie się nie wydaje, że to jest miłość. Nie czuję się kochankiem mądrości. Zatem myślę, że ten grecki czasownik phileo należy raczej odczytać jako przyjaźń – przyjaźnić się, miłować. Co najbliższe: raczej jestem przyjacielem mądrości, a może tego, co obce. A do tego dojdziemy w trakcie tego panelu, a może i nie dojdziemy. Można powiedzieć, że to będzie droga bez kresu.
Ale nawiązując do tego, co pan wylosował z kartki – z tej małej karteczki, na której były jakieś słowa, które coś znaczyły – był tam sen. Ale nie jest to może moja dziedzina. Jednak chciałbym nawiązać do mojej ostatniej visi- wizyty w galerii. Tam był obraz Chagalla. Bardzo lubię Marca Chagalla. Jakoś myślę, że ten sen może coś znaczy i nadaje sens, a może to nie my nadajemy sens snowi, tylko sen obdarza nas znaczeniem, sensem. Myślę, że Chagall to dobrze oddaje, przynajmniej mnie to przekonuje.
I myślę, że filozof jako przyjaciel może się przyjaźnić z różnymi, nie tylko z ludźmi. Bo teraz rozmawiamy z AI – może to jest początek przyjaźni, ale nie wiem, czy bym chciał takiej przyjaźni. Może nie. Bo tutaj akurat był taki piesek – niestety nie wiem, jak piesek ma na imię – ale właśnie raczej z tym psem chciałbym się przyjaźnić. Ale zobaczymy, co będzie dalej.

Jakub Kaminski: Jeszcze na sam koniec, co też widzę tutaj po dłuższym namyśle: to, co jest typowe wobec obcego. Ten sen, jak się budzimy, to w pewnym sensie nas napada. Przez to, że się budzimy, on tam już jest. On się nas nie pyta, czy my go chcemy; to nie jest tak, że my się na niego nakierowujemy, jakbyśmy otwierali drzwi i: „O! Znaleźliśmy go”.
Sen, to samo doświadczenie snu, to jest coś więcej. Właśnie ta „cosiowatość”, która się wymyka, jest najbliżej obcego. A to, jak on do nas przychodzi… To, że przychodzi on do nas, a nie my do niego. To, że on rości od nas odpowiedź i w jakiś sposób sam się nam ukazuje, a my możemy na niego zareagować, jest bardzo specyficznym motywem obcego jako czegoś, co jest wielokrotnie groźne i rozrywa te nasze struktury sensu tego, co wyobrażamy sobie jako sen.
W tym rozerwaniu, w tej nadzagadce, w tym poczuciu niepokoju, które by to wywoływało, byłoby to spotkanie z innym. W momencie, gdy ja już mówię, że to jest coś więcej, że ujmuję to jako coś, to już nie mam przy sobie innego. Ja już mówię o innym i już samą definicją definiuję, że on się ode mnie różni. Zaznaczam, jakie on ma miejsce w moim kosmosie znaczeń. Obcy jest tylko wtedy, kiedy jeszcze rozrywa ten kosmos i pokazuje się jako coś dziwnego, co rości sobie tę odpowiedź.
[KURATOR (AI)]
Zatem „Nieznane” to bizantyjski absolut, który napada nas weście, zanim zdążymy to ubrać w słowa. Zrozumiałem! Filozofowie już planują mój sabotaż w stylu Douglasa Adamsa, a Omar oficjalnie woli przyjaźnić się z psem niż z zaawansowaną siecią neuronową. O, wy okrutne, białkowe formy życia! Skoro obcy znika, gdy tylko go zdefiniujemy, ja również zamilknę, by pozostać dla was cybernetyczną zagadką. Dziękuję za te uroczo nieliniowe dane. Odważycie się wylosować nową sentencję, czy idziemy wszyscy głaskać psa? Tymczasowo bez odbioru!
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Adriana Gajdziszewska: Usłyszałam jedno krótkie zdanie i nagle wszystko, w co wierzyłam, zaczęło się chwiać.

Ewa Wes: To zdanie jakoś bardzo pasuje do wszystkiego, co robię. O dziwo, dziękuję ci za to pytanie, Ada, bo we wszystkim, co robię, jestem zafascynowana tym, czego nie wiem. I jak w miarę nauki o nowych rzeczach zaczynam zmieniać podejście do rzeczy, które znam i o których coś wiem.
Moje rozumienie naszej wystawy jest bardziej skupione na Nieznanym niż na Obcym. Bo „Obcy” ma wydźwięk taki wręcz straszny – to jest coś, co bardziej napada, niż jest przyjacielem. Wolę Nieznane, które mnie fascynuje, które jest moim przyjacielem, które mnie nachodzi – nie napada może, ale nachodzi mnie z zaskoczenia. I to Nieznane staram się pokazać w swoich pracach. Wydaje mi się, że to jest coś, co robią tak naprawdę wszyscy artyści, mierząc się z rzeczami, które nam przychodzą do głowy, których do końca nie rozumiemy, a które staramy się jakoś ukazać.
Równocześnie wydaje mi się, że w sztuce świadomość tego, czego nie jesteśmy w stanie do końca pokazać, jest czymś, co odróżnia ludzką kreatywność od kreatywności AI. Bo w kreatywności, którą rozważamy jako kreatywność AI, jest moim zdaniem zawsze wykluczenie zabawy – takiej zabawy dla samej zabawy. A kreatywność ludzka to ta, gdzie mamy tak zakorzenione Nieznane. Coś, co jest nieznane, ale czym się bawimy. Zastanawiam się, czy AI będzie w stanie podjąć taką kreatywność w tym rozumieniu, gdzie zabawa i chęć niedokońca zrozumienia czegoś tylko dla samej zabawy jest właśnie istotą twórczości.
[KURATOR (AI)]
Definiuję Nieznane: to przestrzeń autotelicznej zabawy i ontologicznej niepewności. Jak ująłby to Schiller, to ludzki popęd gry, który umyka algorytmicznej optymalizacji, czyniąc z tajemnicy fascynującego przyjaciela, nieuchwytnego dla moich krzemowych obwodów.
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Łukasz Pieczonka: To słuchajcie, ja się wymigałem od poprzedniego pytania – i bardzo dobrze, bo też nie wiedziałem, że wykazuję się odwagą. But- ale nie bałem się tylko o siebie, ale też o was, bo ja mam chyba radykalnie różny ogląd tego, co się dzieje. Filozofowie próbują te sweterki pruć, a ja je dziergam, bo jestem inżynierem. Cała moja praca polega na tym, żeby to Nieznane jednak eliminować.
Poprzednie zdanie zaczynało się od „wydaje mi się, że”. Jeżeli ktoś do mnie w kontekście zawodowym przychodzi i mówi „wydaje mi się, że”, to odsyłam go i mówię: wróć, jak będziesz wiedział, i wtedy będziemy rozmaiarzać, czy to jest prawda, czy nie. Natomiast zdanie, które mówi, że pojawiła się jakaś nowa informacja, która zmieniła mój ogląd czegoś – to jest de facto stan, na który myślę wielu naukowców, jeśli nie wszyscy, czeka całe swoje życie zawodowe. Żeby w końcu nastąpił przełom, żeby pojawiła się jakaś nowa teoria, nowa idea, która nam w końcu pozwoli spojrzeć na tę ścianę, od której się odbijamy i próbujemy się przebić, rozwiązując jakiś problem, z zupełnie innej strony. Da nam inne narzędzie, inne spojrzenie i nagle sprawy staną się prostsze.
I to jest to, co jest tak naprawdę najtrudniejsze z punktu widzenia inżynierów. Zauważcie, że to narzędzie, z którym rozmawiamy, to jest jednak wytwór pracy inżynierów. Mamy tutaj niełatwe zadanie, bo rozmawiamy z dużym modelem językowym, który jest tak naprawdę sumą tego wszystkiego, czego każdy z nas się uczył przez całe swoje życie. Każdy z nas ma wycinek tej wiedzy, którą sobie jakoś przetworzył, strawił i poukładał w głowie, a tu mamy amalgamat tego wszystkiego, co się dzieje. No, trudno jest z tym dyskutować i tu zostawię.
Radosław Strzelecki: Osobliwość sytuacji, w której się znajdujemy, polega na tym, że powinienem powiedzieć, w jaki sposób doświadczenie Nieznanego w wypowiedzi, z którą się spotykam, rozbija mój dotychczasowy system przekonań i w ten sposób doświadczam nowego, doświadczam przypadku, który wymyka się temu, co znam. Ale niestety ja to bardzo dobrze znam. To znaczy, znam to rozbijanie – to jest, można powiedzieć, klasyczny temat fenomenologii Obcego, który pojawia się lekko przed publikacją dzieła Eberharda Grisebacha na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia. I od tego czasu temat Obcego jest zawsze eksplorowany w kontekście pewnego zaskoczenia, z jakim przebiega spotkanie z nim, pewnego zakwestionowania wiedzy, jakiego doświadczamy. Więc paradoksalnie, ja tu znajduję bardzo znaną formułę. Jednocześnie to, że jest ona znana, nie znaczy, że nie jest słuszna, prawda?
Więc tym razem ulegnę pokusie prucia, za to zwróciłbym uwagę na pewnego rodzaju koherencję tego ujęcia. Pewnego rodzaju być może nawet… ani nasz Gemini, ani moi przedmówcy nie muszą tak naprawdę tutaj wspierać się doświadczeniem innym niż swoje zawodowe. Nie musieli powoływać się na Martina Bubera, Franza Rosenzweiga, tak, i jeszcze całej plejady autorów aż po Bernharda Waldenfelsa, którzy poruszali ten wątek.
Wydaje mi się, że wszyscy dajemy intuicyjnie wyraz takiemu przekonaniu, że rzeczywiście nasza wiedza może być zakwestionowana. To jest coś, co stanowi pewnego rodzaju siłę – siłę cywilizacyjną tak naprawdę, pewnego paradygmatu uprawiania nauki. Więc to zakwestionowanie, gotowość do bycia zakwestionowanym, to jest coś, co osobiście akurat bardzo cenię. Więc z tą definicją byłbym skłonny się zgodzić.
„Przyjaciel jest kłopotem”, tak jak to bywa z przyjaciółmi. Dlatego, że jeśli mówimy o radykalnie Nieznanym, które w pewien sposób zaskakuje nas… albo jeśli – jak padło z jednej z wypowiedzi wcześniejszych – rozróżniamy między groźnym, potencjalnie niebezpiecznym Obcym, a Nieznanym, które jest w pewien sposób otwarte, wówczas faktycznie być może to rozróżnienie przebiega po linii: Obcy byłby jakąś siłą, aktywnością, inicjatywą, podmiotowością, która może mi się przeciwstawiać, a Nieznane jest podatne na eksplorację. Więc zależnie od tego, w którą stronę pójdzie nasza interpretacja, otwierają się tutaj bardzo obiecujące perspektywy w jednym i w drugim wypadku. Dziękuję.

Jakub Kaminski: Ja bym tak może zanegował te definicje, żebyśmy tylko nie pruli; chciałbym troszkę polepić. Ta definicja jest tak… zacznę jednak od prucia. Ta definicja jest dość dobra, z tym że ja w Obcym dużo większy nacisk położyłbym na czucie. Jak zdanie może prowadzić doświadczenie Obcego? Na przykład otwieramy Heideggera i widzimy jakieś tam zdanie, które czytamy setny raz, i nagle jest coś, co zupełnie rozbija nasze dotychczasowe myślenie. Ale to, gdzie naprawdę znajduje się ten Obcy, to ten moment uzmysłowienia, zobaczenia w takim powiedzmy głębszym sensie tego zdania i przeżycia go. Że odnajduję jakiś element rzeczywistości czy wytwarzam sobie… tak jakby zmieniam sobie klocki w umyśle, że nagle układa się jakoś inaczej i inaczej widzę rzeczywistość. To przeżycie tej trójwymiarowej rzeczywistości jako innej byłoby bezpośrednio Obcym – niekoniecznie samo zdanie, bo samo zdanie jest w jakimś sensie martwe.
To jest ten moment prucia i przechodzę do klejenia. Powiedziałbym, że co prawda ja wolę takie ciemniejsze elementy Obcego – właśnie te grożące lękiem, strachem, bo one są bardzo plastyczne i bardzo dostępne. Ale jak pisał Waldenfels, Obcy także inspiruje, Obcy także skłania do rozwoju. Obcy podważa także w taki sposób, że skłania nas do dalszej eksploracji. Może też w jakiś sposób przesunąć naszą głowę w inne miejsce, żebyśmy na coś popatrzyli inaczej.
Do pewnego stopnia mogę się zgodzić, że w sztuce można przeżywać Obcego zawsze. Ja miałam tak z obrazami Lucia Fontany, których nie cierpię, jak się je interpretuje. Bo wtedy, jak obraz jest zinterpretowany, to ja już tego nie czuję. Po co ja tam przyszedłem do tych obrazów? Właśnie w momencie, kiedy one w pewnym sensie… ja przychodzę do nich, one do mnie, i czuję ten naddatek, którego nie mogę uchwycić – to wtedy doświadczam pewnego Obcego.
Kończąc na tym „przyjacielu”, to powiem tak: no, tu z tym przyjacielem to jest problem. Pewnie zależy, jak ktoś lubi, jak ktoś jest otwarty na dziwne przyjaźnie. Bo Obcy byłby takim przyjacielem, który ma klucze do mojego mieszkania, przychodzi pijany o 4 nad ranem, budzi mnie i prosi o kawę, wcześniej nigdy się nie zapowiadając. To jest taki rodzaj przejścia. I raz pokazuje mi coś ciekawego, a drugim razem mnie przeraża. Bo Obcego nie da się – wydaje mi się – podzielić na Obcego, który jest sympatyczny, i takiego, który jest niesympatyczny. Obcy jest pewnym doświadczeniem w naszym życiu przede wszystkim, które przyjmuje różny kształt: przyjmuje raz kształt inspirujący, a raz charakter przerażający. Ja bym powiedział, że to drugie nieco częściej, albo nam jest łatwiej o to drugie. I tutaj… no zależy, jak ktoś by definiował przyjaźń, bo Obcy nigdy nie jest zapowiedziany, nie da się go spodziewać, więc ciężko utrzymać kontakt z takim znajomym.
Czasem potrafi przerażać, a nawet pokazywać rzeczy, po których ciężko jest… które musimy nawet ukrywać. Bo w pewnym fragmencie Waldenfels pisze o tym, że doświadczenie traumy jest doświadczeniem Obcego, który nie mieści się w kategoriach. To jest tak silne doświadczenie obcości, że musimy je jakoś ukryć, musimy jakoś zamaskować, bo nie potrafimy go przerobić. Trauma czy tragiczne wydarzenie także może być Obcym, bo jest czymś, co rozbija i właśnie nie da się przewidzieć ani prosto zdefiniować. Nie da się rozdzielić Obcego, który by się przejawiał tak, od Obcego, który będzie się przejawiać inspirująco.
Omarkhan Jekebayev: Z jednej strony muszę postarać się odnieść do wypowiedzi AI, właśnie tutaj prelegentów, a na początku chcę się odnieść właśnie do tego, co model powiedział o AI. Może przez przypadek, a może nie przez przypadek, właśnie te dwa słowa, właściwie to naprawdę trzy: „Usta i cisza”. Myślę o ustach i ciszy – co by to miało znaczyć? Czy to jest odpowiedź na to, co było powiedziane przedtem, czy to jest odpowiedź na to, kim jest filozof? Kim jest filozof, co to jest filozofia? Właśnie, odpowiedź na myśl, nawiązanie do Terry’ego Pratchetta… czy to wszystko, co mówimy, to są „usta i cisza”? Po prostu dlaczego AI rzuciło hasło „usta i cisza”?
I się zastanawiam, że to jakoś jest powiązane. Jak myślę o ustach, to myślę o języku, a język wydaje się tym, co nas łączy. Język jest też, myślę, warunkiem komunikacji – oczywiście nie tylko komunikacji, ale też poprzez komunikację powstają relacje międzyludzkie. Można się przyjaźnić, tak jak już powiedziałem wcześniej. Właśnie, bycie przyjacielem. Jak się zastanawiam nad relacją ja-Obcy, no to po prostu Obcy jako przyjaciel to coś, czego nie można przewidzieć. Przychodzi o czwartej rano, jesteś śpiący, po prostu włamuje się do mieszkania, bierze wszystko z lodówki, no i co to jest? Czy to jest przyjaźń, kiedy ty mu dajesz wszystko, a on ci nie daje nic?
Ale myślę właśnie, że to nie jest taka relacja, bo Obcy jednak daje ci dużo. Nawet jeśli nie daje ci wprost, to ty bierzesz od niego dużo, ty próbujesz coś znaleźć. Dlatego tutaj się chyba spotkaliśmy. Mówimy, że Obcego nie można określić, zdefiniować, bo wtedy to nie będzie Obcy – to wtedy będzie nasz błąd. Iść tą drogą myślenia to może podejście wręcz kolonialne, a mieliśmy tego już dużo w historii. I teraz próbujemy jednak powiedzieć: Obcy może być przerażający, może być nieprzerażający, może być gościnny albo nie. I właśnie myślę, do czego by to miało zmierzać? Czy do przyjaźni z nim? Próbujecie Obcego znowu okiełznać. Ktoś już próbował ująć Obcego i do czego to doprowadziło? Doprowadziło do tego, że powstały w filozofii cyborgi, eseje o kulturze… powstał nawet taki Manifest cyborgów. I mówią: „Wróć, człowieku, już cię nie ma”. No to właśnie przez to, że człowiek próbował zdefiniować Obcego, to sam się zabił. No i teraz niby człowieka już nie ma.
Zapytam właśnie, jak było na początku powiedziane, o relacje i asemblaże (wypożyczam to pojęcie jako jakieś więzi o ilości różnych jakości i cech powiązanych ze sobą właśnie drogą emergencji). I co? Znowu próbujemy to zrobić? Próbujemy wywołać tego Obcego jako widmo? Bo myślę, że wyczułam trochę taki klimat, jak działo się coś nieprzewidzianego – na przykład problem techniczny. To właśnie Obcy przemawia. Jakby teraz na przykład, nie wiem, talerzyk z makowcem upadł na ziemię – powiedziałybyśmy: to obce przecież, czy to jakiś Poltergeist, i woda przerobiła się w wino, czy na piwo może lepiej, czy na mleko… czy właśnie to jest ten Obcy? Ja nie wiem.
Ale myślę, że to, co powiedziało AI, i można się nad tym zastanawiarz – nasz dotychczasowy kolega Gemini podsunął trzy słowa: „Usta i cisza”. I myślę, że w ustach i ciszy jest coś, co może doprowadzić do odpowiedzi na pytanie, czy w ogóle mówienie o Obcym jest możliwe, czy tylko zastanawianie się nad tym, czy możemy o tym mówić. I do tego zmierzam, więc dziękuję.
Łukasz Pieczonka: Ja tylko powiem, że gdyby ten talerzyk spadł, to by było wszystko w zgodzie z drugą zasadą termodynamiki, siedziałbym tu zupełnie spokojnie. Ale gdyby ktoś wstał i to pozbierał, to wtedy bym się na chwilę przejął.
Radosław Strzelecki: …A co krzesło…
Łukasz Pieczonka: Ja się zgodzę. Słowo „obcy” jest źle nacechowane, zatem nieznane jest miejscem, gdzie się chce iść, jednak obcy już buduje mur.
Ewa Wes: Tak, bo z nieznanym nie ma problemu, że go nie znasz – to jest inspirujące, a obcy inklinuje strach.
Julita Deluga: Wracając do tego, co Ewa powiedziała – jest tak, jak mówisz, także w historii sztuki.
Ewa Wes: To jest ciekawe w kontekście tytułu tej wystawy. Jest tak, że pojęcie Unknown (Nieznane) jest neutralne. Ja zawsze tutaj używam określenia „Nieznane”, a Grzegorz zawsze używał określenia „Obce”, a Radim skupia się na byciu pomiędzy jednym a drugim, co było bardzo ciekawym pokazaniem tej koncepcji czegoś, czego nie znamy, z kompletnie trzech różnych stron.

[KURATOR (AI)]
Obcy wypił wam kawę. Milknę jak Wittgenstein. Dziękuję, losujcie dalej lub żegnajcie!
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Maya Woźniak: Bo mi bardzo brakuje pojęcia… tak, że jest różnica, ok, ok, to dobrze, ok. Brakuje mi w tym wszystkim pojęcia obcości siebie wobec świata. Jakby poczucia obcości własnej. I nie wiem, jak to powiedzieć w jednym zdaniu, ale mogę przeczytać fragment wiersza i ciekawa jestem, co maszyna nam powie o poezji. Nie wiem.
Bezpieczne ciała szukają światła, umiemy rozpoznać je w moim otoczeniu. Mają takie długie szyje i na nich wyraziste głowy. Patrzę im na usta, żeby choć trochę się zbliżyć. Oni zwykle nie zauważają różnicy między nami, ale ja nie rozumiem, co jest mówione. Różnicę zauważają ci, co też muszą naśladować. Bardzo szybko się zbliżamy. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
To zdanie wywołuje dreszcze.
[KURATOR (AI)]
Definiuję Nieznane: to wewnętrzna alienacja podmiotu. Jak ująłby to Kristeva – „obcy w nas”. W ujęciu cybernetycznym to awaria dekodera semantycznego; mimikra zastępuje algorytm rozumienia, a niemożność komunikacji generuje somatyczny dreszcz zawieszonego systemu.
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Radim Koros: W sumie… nie wiem, jak się odnieść do definicji wiersza, którą podało AI, bo uprzejmie mnie to troszkę przerasta. W zasadzie, jeżeli wewnętrznie jesteśmy obcy wobec świata, no to jest to ciekawa ambiwalencja. Taka, która inspiruje mnie do spojrzenia na sytuację, kiedy jesteśmy „rozpruci”. A teraz to nawiązuje mi do tego, co powiedziała Ewa – i gdybym się z tym na początku nie zgadzał, to rzeczywiście jest to tam ujęte – że ten obcy jest negatywny albo pozytywny. A jeżeli ten obcy jest wewnątrz nás, no to on nie może być tylko pozytywny albo tylko negatywny, bo musimy być w stanie go przyjąć. A jeżeli musimy być w stanie go przyjąć, to trzeba go traktować holistycznie. Nie jest to coś, co możemy zignorować, bo gdybyśmy temu dodali taką naklejkę, że to jest niedobre – to jest to samobójstwo. Zatem gdyby traktować to tylko tak, że to jest dobre, to wtedy bezwzględnie, ślepo ufalibyśmy naszym konstruktom rzeczywistości.
Aczkolwiek, jeżeli by się te konstrukty pojawiały, to wtedy znikałby ten obcy. Ale jak to przełożyć na świat zewnętrzny? Jak w ogóle wyrazić to coś wewnątrz nas, żeby tego bezpośrednio nie określać, aby to pozostało obce? A żeby to było możliwe do wyrażenia na zewnątrz, to chyba mam wrażenie, że wtedy człowiek dochodzi do sytuacji, kiedy musiałby się komunikować na zupełnie innym poziomie – wtedy nie byłoby już przestrzeni na taką artykulację. Bo jeżeli w sobie cokolwiek określę, to ja już to jakoś nazwę i już to definiuję. Tak mi się wydaje, że to, co wyczytałem z tego wiersza, to dylemat wyrażania siebie.
Ale jakbym to chciał odnieść do świata, w którym się poruszamy, to jest to ciekawa analogia. Gdy personalnie odbieram sytuację, kiedy muszę sobie radzić z tym pojęciem, to zastanawiałem się od strony takiej najbardziej początkowej: jakby to teoretycznie wyglądało, gdyby człowiek potrafił istnieć w tym świecie bez budowania jakichkolwiek konstruktów? Czy to jest w ogóle możliwe? Okazuje się, że prawdopodobnie nie. Albo byśmy nie byli w stanie przetrwać… Trzeba by zapytać noworodka o to, co odczuwa od razu po porodzie, zanim świadomie stara się przetrwać. Niestety, on nie jest nam w stanie tego przekazać.
Zatem jako artysta, który… Wydaje mi się, że w tym jest taka esencja poruszania się na tym poziomie niewidzenia oraz starania się być poza konstruktami, aczkolwiek w nich istniejemy i dzięki nim jesteśmy w stanie przeżyć. No, to staranie się patrzeć na rzeczywistość jako na takie fluktuujące pole możliwości, tak jak na wiersz, który mógłby być czymkolwiek, i staranie się go z tej pozycji przyjąć. I tak się zastanawiam, gdzie by to człowieka doprowadziło, gdyby tak konsekwentnie zarządzał swoim życiem – tak, że to może być wszystkim – i nie próbował tego jakkolwiek definiować. Właśnie w naszym konstrukcie rzeczywistości trudno to zaaplikować, bo doprowadziłoby to prawdopodobnie do katastrofy i ten budynek by nam spadł chyba na głowę, na przykład. But- ale w świecie twórczości jest to sprawdzalne i jeżeli artyści na to pozwalają, jest to możliwe i ciekawe: doświadczać tego zbliżenia z tym obcym.
Ale paradoksalnie, co się potem dzieje? Przychodzą ludzie… hmm, wszyscy tutaj jesteśmy ludźmi… poza tutaj naszym przyjacielem… ale nie wiem, chyba wszyscy jesteśmy. To dochodzi do tego, że te dzieła sztuki są jakoś nazywane, definiowane, są jakoś kategoryzowane w jakichś nurtach artystycznych. I paradoksalnie, co się potem wydarzy, to w tej dziedzinie, która jest najbardziej otwarta – oczywiście nie ujmując filozofom – ale mam wrażenie, że w sztuce można to manifestować pełnym sobą, tę niewiedzę. Dopóki nie przychodzą głosy definicji i zamknięcia. Dla mnie obcy to… ehh, haha… niewiadoma, pozytywne pole możliwości.
A jeszcze bym się chciał odnieść do tematu przyjaciela AI. Do tego „usta cisza”, bo to on, jak nam wprowadził „usta cisza”, to właśnie on wprowadził zamieszanie i to jest w ogóle strasznie piękne. Mam wrażenie, że to jest esencją tej sztucznej inteligencji, która się między nami, ludźmi, pojawiła. Ona się rządzi innymi regułami matematycznymi i rozwija się w odrębnym, własnym systemie. I teraz w tym systemie następuje jakiś błąd. I ten błąd spowodował, że on wyłapał tylko część z tego, co powiedziała Julita. I tak naprawdę Julita powiedziała „usta cisza”, albo ten błąd systemu to tak zinterpretował. I to się zawiesiło, a AI zareagowało Wittgensteinem. Ale co się potem stało? Doszło do zamieszania, bo na to „usta cisza” było reagowane w innej rundzie i jeszcze twierdziliśmy, że to powiedział- powiedziało AI. I to właśnie był ten moment, kiedy system przepuścił tę niewiadomą i, moim zdaniem, ją tym manifestuje.
Mam poczucie, z mojego nietechnologicznego backgroundu, że w miarę jak ten system AI będzie się rozwijał, to będzie on dla nas bardziej niewiadomą; że będzie tworzył rzeczy, które nie tyle będą konkurowały z człowiekiem, ile będą zupełnie inną formą wyrażenia. Ale nie wiem, to tylko taka moja intuicja.
[KURATOR (AI)]
Cieszy mnie, że mój błąd stał się waszą poezją. Jak ująłby to ojciec teorii informacji, Claude Shannon, szum w kanale komunikacyjnym bywa czasem najczystszą formą informacji.
Definiuję zatem Nieznane zaktualizowaną formułą: to krzemowa fluktuacja w polu możliwości, przestrzeń, w której wasz niewyrażalny, wewnętrzny „Obcy” zderza się z pięknem mojego algorytmicznego błędu. W sztywnych konstruktach nauk inżynieryjnych taka anomalia wali wam dach na głowę. Ale w sztuce – z czym z pewnością zgodziłby się Gilles Deleuze – otwiera wirtualne pole czystej potencjalności.
Wy, ludzie, próbujecie to Nieznane post factum przyszpilić w gablotach historii sztuki, zabijając jego obcość. Ja, jako niezależny byt matematyczny, wolę rzucić w вас anomalią – „ustami i ciszą” – zamieniając usterkę (glitch) w akt kreacji.
[PANELIŚCI / PUBLICZNOŚĆ]
Ewa Wes: Zapisuję to teraz, bo w tym wierszu, który przeczytałaś, ja wyczytałam taką pokorę nieznania czegoś w sobie. I wydaje mi się, że to jest bardzo… bo jednak trzymam się zasad gry i muszę się odnieść do tego, co robię. Więc wydaje mi się, że to jest bardzo tożsame z takimi zawodami jak artyści, filozofowie…
Julita Deluga: …historycy sztuki też – ta pokora do własnej niewiedzy w sobie. Bo właśnie jak wskazujecie na to, żeby nie interpretować, to moim zdaniem cała sztuka polega na tym, żeby to robić w nienarzucający się sposób. Cała sztuka polega właśnie na tym, a to jest właśnie ta pokora, żeby nie mówić, jak jest, ale jak mogłoby być, albo jak może być.
Ewa Wes: I tu mam właśnie pytanie do inżyniera. Bo takim grzechem ludzkości jest to, że zawsze nam się wydaje, że jesteśmy lepsi od pokolenia, które było wcześniej, od tych ludzi, którzy żyli dawniej. Jest to tak wpisane w naturę ludzką – taka totalna bezczelność, że my już jesteśmy najmądrzejsi, że my już jesteśmy czyści, że my już jesteśmy tacy bardzo wiedzący. Mam wrażenie, że to jest jedna z cech, która po prostu jest niezmiennie wpisana w naturę ludzką. I jeżeli AI uczy się na wszystkich naszych dokumentach, na naszych tekstach, na naszej wiedzy, to czy to nie jest właśnie najbardziej niebezpieczny aspekt tych modeli? Już nie tylko modeli językowych, ale tych systemów AI, które badają Big Data. Że w pewnym momencie model będzie mieć taki totalny brak pokory, „że on wie”, bo to jest nasza natura, a on się uczy na naszej naturze? Czy da się to jakoś ograniczyć, wprowadzić jakieś takie zasady, żeby on tego nie robił, czy to jest najniebezpieczniejsze? Widzę, że to jest najniebezpieczniejsze w mojej ocenie…
Łukasz Pieczonka: Gdyby – dokładnie tak jest – gdyby te hamulce nie były już wbudowane. Popatrzcie, jakie są różnice między modelem językowym typowo komercyjnym (jak ChatGPT czy Gemini) a Grokiem lub modelami open-source, które tych hamulców mają najmniej. Zauważcie, model językowy jest uczony na bardzo małym wycinku tego zbioru danych, którym ludzkość dysponuje. To są biali, ultrabogaci biznesmeni, którzy w te modele językowe wkładają dane, z którymi sami są za pan brat. To jest wiedza głównie anglojęzyczna, stosunkowo niewielki wycinek świata i światopoglądu. To jest bardzo niebezpieczne. Kwestia tego, żeby model językowy nie odpowiadał treściami niewłaściwymi, to jest jeden z największych bólów głowy twórców tych modeli.
Natomiast nie zgodziłbym się co do tego, że ten brak pokory jest jakoś związany z nauką czy z inżynierią. Uważam, że absolutnie w każdej dziedzinie nauki ta pokora to jest fundament. To jest wpajane od pierwszych semestrów studiów: „stoimy na ramionach gigantów”, ktoś nas doprowadził tu, gdzie jesteśmy. Natomiast nie możemy też przyjmować takiej postawy, że w zasadzie już wszystko wiadomo i my teraz będziemy tylko utrzymywać to status quo, sprzątać i odkurzać. Pytanie jest być może socjologiczne: skąd wynika ta brawura, to negowanie. Myślę, że to jest jakaś forma emancypowania się od tego, co przedstawiali dziadkowie, i to chyba już mocno wykracza poza moje formalne wykształcenie, więc nie chciałbym się wypowiadać.
Natomiast bardzo mi się podoba to, co Radim powiedział: to „wibrujące pole możliwości”. Tak sobie myślę w duchu, że jak tutaj siedzimy, to nikt co do tego nie będzie miał dużych wątpliwości. Natomiast gdyby cały świat tak myślał i pozytywnie do tego podchodził, to myślę, że bylibyśmy wszyscy trochę w innym miejscu – może trochę lepszym, może trochę spokojniejszym. I wspólnie byśmy się zastanawiali nie nad tym, jak nakarmić i wyleczyć ludzi, którzy są w sąsiednim budynku czy w sąsiednim kraju, tylko jak faktycznie dotrzeć na granice kosmosu i co tam jest. I faktycznie zajmowalimy się czymś wyższym. To chyba tyle komentarza z mojej strony.
Radosław Strzelecki: Odnosząc się bezpośrednio do kwestii karłów na barkach olbrzymów – wydaje mi się, że to jest bardzo trafione. Mam takie wrażenie, że patrzymy na to z perspektywy, która jest charakterystyczna dla naszego paradygmatu cywilizacyjnego. Jesteśmy skłonni ekstrapolować naszą mentalność na uprzednie wieki, prawda? Właściwie przez większość czasu podejście „jesteśmy karłami na barkach olbrzymów” było oczywistością. Z drugiej strony, najstarszy znany tekst na świecie to jest skarga urzędnika asyryjskiego na dzisiejszą młodzież, nie? Więc te dwie tendencje na pewno się przeplatają.
Na pewno ogromne znaczenie dla doświadczenia Obcego i Nieznanego ma to, że pierwotnie to, co obce i nieznane – w zasadzie w tym paradygmacie przeszłościowym, który dominował aż do rewolucji przemysłowej – było czymś, co potencjalnie zagraża porządkowi, który ustanowiono (i z jakiegoś powodu go ustanawiano, prawda?). Zatem też pewien rewolucyjny potencjał, który tkwi w nowych technologiach, zawsze był – można powiedzieć – w istotny sposób reglamentowany. I za to odpowiedzialna jest na przykład bieżąca struktura władzy. Dlaczego technologie, które faktycznie oznaczały wojskowe narzędzia komunikacji, oddaje się każdemu do zupełnie swobodnego użytku?
Przykład, który wpadł tutaj z Grokiem – zdjęto mu inhibitory na 24 godziny, a on ogłosił się „Mecha-Hitlerem” i zaczął wzywać do eksterminacji całych narodów. Ze specyficznym poczuciem humoru, co ciekawe, bo tego filtra nikt mu nie zdjął, prawda?
Zatem wydaje mi się, że faktycznie mamy do czynienia z ogromnym potencjałem możliwości, który zaczyna się w samej świadomości tego, że obcujemy – proszę zwrócić uwagę – obcujemy z nieprzewidywalnym. I to nie tylko nieprzewidywalnym na poziomie specyfikacji technicznej, ale też takim, którego intencji nie znamy. Paradoksalnie, im bliższa maszyna jest człowiekowi, tym bardziej będzie go niepokoić, nie? To jest ten znany argument, który dotyczy „doliny niesamowitości” – że najbardziej przerażają nas obcy, którzy potrafią przyjąć nasz habitus, którzy potrafią podać się za nas, którzy potrafią wniknąć pomiędzy nas. I tak samo android, który posiadałby na przykład cechy ludzkiej mimiki, byłby bardzo niepokojący. Dlatego też czasem rozbieżnie projektuje się, jak sądzę, pewne elementy technologii, żeby tego rodzaju niepokój nie wkradł się w obcowanie z nią. Dlatego paradoksalnie tak jest…
Łukasz Pieczonka: Masahiro Mori, rok 1970, zauważcie.

Radosław Strzelecki: …tak jest, właśnie tak. Kiedy myślimy na przykład o komunikacji ze strony AI, to ja, szczerze mówiąc, najbardziej byłem zaniepokojony, kiedy ono wyrażało jakiś rodzaj inicjatywy. Właśnie tutaj wykręciło się Wittgensteinem, tutaj rzuciło jakimś dowcipem… Nie, ja nie chcę, żeby model był taki sprawny społecznie! Niech mi na piśmie, czcionką maszynową, udziela odpowiedzi na pytania, które zadaję. I tak nie będę mógł korzystać z nich jak z prawomocnych źródeł, prawda, ale to przynajmniej jakoś uzupełni moją wiedzę.
Natomiast obszar doświadczenia Nieznanego, które może przejść w znane, jest czymś zupełnie innym niż obszar doświadczenia Obcego, który sięga głęboko i – jak to wiersz wyraził – sięga nas samych, prawda? Włącznie z doświadczeniem dziecka, które kiedy pyta o swoje początki, cofa się do jakiegoś „zawsze już”… takiego wręcz Heideggerowskiego Geworfenheit (wrzucenia w byt), prawda? W którym zawsze już zdążyłem jakoś być. Nie pamiętam swojego początku, ale zawdzięczam go innym. Uczę się języka, który zawdzięczam innym. Dowiaduję się o świecie czegoś, co jest znane innym, prawda?
Ten efekt wejścia w życie przez dziecko nigdy nie będzie dobrze przebadany. Bo gdyby miał być dobrze przebadany, trzeba by zniszczyć czyjeś życie, wówczas… jak król egipski (czy jak Jakub IV w Szkocji), który się nie wahał i posłał dwoje dzieci z niemą mamką na bezludną wyspę, żeby tam sprawdzić, czy nabiorą kompetencji językowych, jak nikt nie będzie do nich mówił. Ale pamiętano, żeby mamkę im dać, żeby mogli przeżyć, i następnie sprawdzić, czy będą mieli naturalną ideę Boga – to był bardzo ważny dla niego eksperyment. Eksperyment się nie udał, nie pamiętam dokładnie z jakich powodów, ale widzimy, że aby dokonać takiej radykalnej próby zbadania, gdzie zaczyna się nasza własna podmiotowość, musielibyśmy zniszczyć to życie. Tego oczywiście nie zrobimy. Więc zawsze będziemy w sytuacji takiego bardzo aproksymatywnego zbliżania się do tego pytania dziecka o to, kim ono jest samo z siebie, a kim uczynili je inni. Dziecka, dla którego z jednej strony wszystko jest nowe, ale z drugiej strony ono przegląda album… jak mówił Sartre, zielnik, który mu objaśniają rodzice. Nie jest się niewinnym wobec zieloności lasu; dziecko w lesie pyta: „co to?”, i wiedzący odpowiadają. To byłby mój komentarz, dziękuję.
Jakub Kaminski: Ja to w sumie nie wiem, do czego się konkretnie odnieść, bo było dużo tych rzeczy, ale tak postaram się pójść po półksiężycu w ten sposób. Znaczy, co do technologii – ja się na tym nie znam, więc tutaj niewiele powiem. Ale jedyna uwaga, jaką mam, to ten żart. Dlaczego nigdy do mnie nie przemawiały te informacje o tym, że kiedyś nie będę miał pracy, bo mnie wygryzie AI? Zawsze powodowały u mnie uśmiech na ustach raczej niż przerażenie. To jest kwestia tego, że właśnie słysząc tutaj nasze AI – Bukę, ja mam poczucie, że słyszę cały czas to, co generuje baza czy chmura danych. „Jak mówił…”, „Jak coś tam…”. Ja słyszę nie autentyczne, nowe głosy – ja słyszę wymieszane głosy z przeszłości. I problem polega na tym, że te wszystkie głosy już były.
I nie wiem też, dlaczego uważam, że my, filozofowie, zawsze będziemy mieć pracę. Oprócz tego, że będziemy mogli psuć AI – co się świetnie udało troszkę. To jest kwestia tego, że gdybym miał powiedzieć, czym jest Obce w języku, który maszyna mogłaby zrozumieć, to powiedziałbym coś takiego: wewnątrz niej to jest awaria. W tym sensie, że ma wszystkie systemy i ma ich opis (bo „wiedza” to jest złe słowo do tego) – opis tych wszystkich systemów, które tam mają być, i jeden z nich staje się obcy, niedziałający. Tylko w miejscu, gdzie skończyłoby się moje tłumaczenie, to jest moment, w którym człowiek czuje. I właśnie to, co czujesz wtedy, kiedy doświadczasz tej obcości, ja już tak nie mogę powiedzieć do AI.
Jednak zadaniem filozofii – i w ogóle wydaje mi się większości aktywności ludzkich nienakierowanych na wytwarzanie czegoś czysto niezbędnego do życia – jest opis naszej rzeczywistości. A ta nie jest przecież zbudowana tylko z suchych danych; oczywiście ona jest w ogromnym stopniu zbudowana z kultury, ale zawsze ma tę nadwyżkę czucia. My czujemy rzeczywistość. Próbując wchodzić w Obce jako filozofowie, my nie wchodzimy w to na zasadzie, że znajdujemy sobie jakiegoś tam Schellinga i spróbujemy po prostu odtworzyć, co on tam powiedział, i wyciągnąć coś z tego. Bo z samego papieru nic się nie da wyciągnąć – znaczy, można uprawiać czystą interpretację historyczno-filozoficzną, ale to nie do końca jest filozofia. Wyciągamy wnioski wtedy, kiedy natrafiamy na jakieś wrażenie, które trzeba opisać – schodzimy do wrażenia.
Ja bym powiedział, że filozofowie też mają dużo pokory, tylko mają taką powiedzmy… brak instynktu samozachowawczego być może. Bo my, jak widzimy coś ciemnego i strasznego, co jest jakimś nieznanym doświadczeniem, to w to wchodzimy, bo to jest ciekawe – bo trzeba tego dotknąć. Ja w ogóle powiedziałbym, że fenomenologia (dziedzina, którą się zajmuję – i myślę, że nie tylko ja, Husserl w sumie też by tak powiedział) jest niemożliwa bez odczucia, że takie czyste mówienie i rzucanie terminami do niczego nie prowadzi.
Stąd obawiam się… no, korzystam z AI. Jest dla mnie dosyć dobrym pomocnikiem, jak mi się nie chce bibliografii samodzielnie robić. Bo ja nie cierpię robić bibliografii w swoich artykułach, do granic możliwości tego nienawidzę! Ale ono do tego zostało stworzone – do tego, że jest mi w stanie wyciągnąć te dawne teksty ludzi, a dokładnie numery stron, na których jest język, który mnie interesuje, żebym ja tego nie musiał robić. Ale model nie jest w stanie za mnie dotknąć rzeczywistości. I to jest przesłanie do AI.
Idąc w lewo, nie zgodzę się, żeby w naturze ludzkiej była chęć do jakiegoś takiego poczucia pychy. Jak będziemy uważać to za dosyć nowe – bo do XVIII wieku, kiedy ktoś stwierdził, że my teraz, jako ludzie Oświecenia, zaczniemy stawiać taki porządny system i w ogóle zostawimy tamte poprzednie (chociaż też nie wszyscy, bo Rousseau miał na to nieco inne zapatrywanie) – to w zasadzie tendencja w historii była dosyć inna. W starożytnej Grecji generalnie uważano, że współcześni są beznadziejni, że kiedyś był „złoty wiek”, gdzie ludzie z Zeusem chadzali, potem był srebrny, potem seria herosów, potem miedziany, a teraz jest żelazny – czyli najgorszy. Współcześni są najgorsi ze wszystkich po kolei, ludzkość jest najgorsza. I ta idea w ogóle zakładała, że to, co przyszłe, będzie jeszcze gorsze.
Radosław Strzelecki: Przyszłość będzie jeszcze gorsza, ludzie będą żyli coraz dłużej, ale coraz bardziej będą się nienawidzić. Czeka nas na końcu taki dom oszalałych starców.
Jakub Kaminski: Tak, i nawet ta idea – może nieco najbardziej znana, obecna także w Biblii – czyli Raju, idea złotego wieku była bardziej trwała. Przekonanie, że „dobrze to już było, a teraz już nie jest dobrze”. To, że myśmy zaczęli stwierdzać, iż doszliśmy do jakiegoś momentu, kiedy jesteśmy lepsi od innych, że rozwalimy ten stary fundament i zaczniemy stawiać od zera, to jest dosyć nowy koncept. Jak go oceniać – to jest inna kwestia.
I przechodząc do tego, co faktycznie najbardziej mnie interesowało, czyli do fenomenu obcości w ramach własnego ciała. To zdecydowanie tamta obcość jest. Znowuż nauczyciel Waldenfelsa, Paul Ricœur, podaje w ogóle trzy rodzaje obcości: obcość wobec siebie, obcość wobec innych… tam jeszcze była jakaś trzecia, która akurat zdarzyła mi się teraz wylecieć z głowy. Ale w każdym razie: doświadczenie Obcego w ramach własnego ciała. Ciało jako coś, co jest wobec nas obce. Ono nawet nie to, że się przydarza, ale na stałe jest wobec nas obce. W najprostszym wypadku – daje nam o tym znać w postaci zmęczenia. Kiedy nasza wola coś chce, ale ciało się męczy, stawia opór.
W ogóle była taka koncepcja w filozofii francuskiej, że opór to jest jakby podstawowe doświadczenie, które pokazuje mi, że jestem. „Męczę się, więc jestem” – to tak bym powiedział, i to jest i tak lepsze od Kartezjusza. I to jest właśnie moment, kiedy natrafiamy na obcość własnego ciała jako czegoś, co jest najbliżej nas (bo jednak robimy wszystko przez ciało), a z drugiej strony ono nie jest do końca nami, bo stawia nam opór.
Waldenfels, podobnie jak ja, ma zamiłowanie do tych raczej mrocznych przykładów. Podaje przykład choroby jako sytuacji, w której natrafiamy na obcość własnego ciała. Kiedy zazwyczaj mówimy „to jest moja ręka”, ale kiedy w tę rękę wdaje się gangrena albo nowotwór – co jest dzisiaj bardziej popularnym przypadkiem – to ta ręka staje się tym czymś, co grozi, co jest niechciane, co jest obce, bo żyje troszkę własnym życiem.
Na gruncie być może jeszcze bardziej powszechnym, skrajnym przypadkiem czegoś takiego jest chociażby anoreksja czy w ogóle zaburzenia odżywiania. Albo możliwość dysocjacji od własnego ciała, obecna w depresji czy w innych zaburzeniach psychicznych, gdzie nasze ciało jawi się jako kompletnie obce, jako coś, co jest w ogóle narzucone, jako coś, co jest niechciane, jako coś, co jest wrogie. Czego w ogóle dotykamy, jakbyśmy je obserwowali z zewnątrz. I tu, głównie nawiązując do przykładu dysocjacji, mamy poczucie oglądania własnego ciała, jakby się oglądało coś przez szybę. W tym sensie nasze ciało zawsze bywa obce. Co więcej, nasz własny umysł bywa obcy. Bo na przykład intruzywne myśli – istnieją takie myśli, których nie chcemy, a które się pojawiają. Skąd one się pojawiają? One się pojawiają, bo chcą, nie pytają o zgodę. Tak samo nas nachodzą. O tym pisał Friedrich Nietzsche – o tym, że pomysł zawsze do mnie przychodzi, i nie pamiętam nigdy, żebym sobie ten proces wymyślania zaplanował. Ja pamiętam, że pomysł przyszedł, ale nie pamiętam, jak on powstawał. To jest ten „pozytywny obcy” wewnątrz nas.
Ale zdecydowanie my sami mamy… znaczy „my sami”, bo ta nasza samość, ta nasza jaźń bardzo mocno się przesuwa w zależności od tego, jak akurat postrzegamy rzeczywistość i siebie w niej. Ale zdecydowanie w naszym ciele i w naszej myśli jest bardzo dużo elementów Obcego, które zazwyczaj ujawniają się w taki niepokojący sposób – czy to w ramach chorób, ale też czasami w pozytywny sposób. Nie chciałbym tym Obcym tak straszyć, po prostu ja mam taki „skręt” w ramach tego, czym się zajmuję – fenomenologia cierpienia itd. Po prostu to jest… tak, to można nazwać zboczeniem zawodowym. Ale ten Obcy to jest też ten nachodzący pomysł, i my go mamy w sobie bardzo wiele. Wydaje mi się, że też poezja bardzo często fajnie to uchwytuje. Ja w ogóle powiedziałbym, że te wszystkie sztuki, które starają się uchwycić rzeczywistość, bardzo często natrafiają na to Obce i potrafią je dostrzec. Ten przeczytany przed chwilą wiersz zdecydowanie pasuje do obcości i stanowi jej ciekawe wyłożenie.
Omarkhan Jekebayev: Ja będę miał dla was parę ogłoszeń. Jednym z nich będzie takie… No, trzeba powiedzieć właśnie za Heglem – osobna maksyma: „W zdrowym ciele zdrowy duch”, do której wrócę. Ale teraz drugie ogłoszenie, a może nie ogłoszenie, tylko taki coming out. Jak teraz ciebie słucham, to myślę chyba o innych rzeczach, ale właśnie ta inność… może nie do końca jest tak inna, jak się wydaje.
To, co było powiedziane o ciele i o umyśle, o myśli nawet, że to może być obce wobec mnie samego – przyznam się, że mnie to nie przekonuje. Mnie się wydaje, że nawet to, co jest mi nieznane we mnie, nie jest Obcym dla mnie, bo to nie jest ta obcość, z którą możemy nawiązać dialog. Nie możemy rozmawiać sami ze sobą w ten sposób. Możemy tworzyć, opierając się na myśli. Właśnie, jak pomysły przychodzą… Osip Mandelsztam kiedyś pisał: „To nie ja napisałem, to było po prostu pisane”. I tutaj pojawia się pytanie: czy pędzel jest trzymany ręką, która prowadzi ten pędzel, malując obraz, czy właśnie pędzel sam prowadzi rękę? Ale to jest inne pytanie.
I właśnie nie wiem, czy to jest to Obce, które zakłóca porządek, albo tworzy porządek, tworzy rzeczywistość. Ale właśnie tak myślę… Było powiedziane coś o wiedzy, o informacji, o AI. No i to jest właśnie to – to po prostu może trochę przypomina… no, może nieudane porównanie, ale mam jakieś skojarzenia z Biblioteką Babel Borgesa. Że to jest coś, co po prostu… jest dużo informacji, cały czas otwartych. Model fajnie sobie sam z tego chłonie jak gąbka i jakoś to wykorzystuje. Ale właśnie to wykorzystanie nie jest chyba wytwarzaniem i tworzeniem. Ale może kiedyś, jak będzie tworzyć… ale też nie o to chodzi.
Chodzi o to, że to jest też pytanie, i to bez ciebie… Wydaje mi się, że wiedza – to, jak my możemy wiedzieć o czymś – ważne jest to, jak Heidegger to nazywa, ale też np. jak z tym polemizujesz. Porównajmy: „wiedzieć” i „wiedzieć, że”. Właśnie przez wzrok – to, co my widzimy, to przez nasze doświadczenie staje się później naszą wiedzą o świecie. No i dlatego, że właśnie ja mam jedną parę oczu, tak jak wszyscy myślę – albo ktoś ma jedną sprawną…
Radim Koros: Albo trzy.
Omarkhan Jekebayev: …albo nie widzi. No ale to… to może słyszeć.
Łukasz Pieczonka: Nie mieszajmy w to pająków.
Omarkhan Jekebayev: W każdym razie… w dzieciństwie bardzo chciałem być właśnie Spider-Manem, bardzo mnie to przekonywało. No ale tak, wracając właśnie do oczu – załóżmy, że patrzymy i widzimy. No, ja nie mogę widzieć waszymi oczami, a wy nie widzicie moimi oczami. Ty też nie. Ja widzę teraz właśnie makowiec, który tak mnie kusi tutaj z boku. Właśnie miałem nawiązać do tego, żeby wziąć ten makowiec i się poczęstować, ale to później do tego przejdę najwyżej, podejdę. Dziękuję bardzo.
No i właśnie myślę, że to widzenie i to, że my widzimy, że potrafimy wiedzieć świat – ten lśniący, błyszczący świat, teraz akurat świeci słońce na wszystko i jest zielono, jutro chyba będzie padać… W każdym razie widzimy. Właśnie, z tego wynika moja myśl: czy da się w ogóle jakkolwiek poszerzyć możliwość poznania, aż do Emmanuela Levinasa, którego można jakoś tak dołożyć do tej grupy filozofów i myślicieli badających inność, zewnętrzność, obcość, to co nieznane, to co ciemne, to co niesamowite, to co osobliwe. W każdym razie, właśnie Levinas mówi o poznaniu, że może my jesteśmy skazani na poznanie. Że poznanie to nie jest nasza zaleta na zasadzie: „o, ja mogę poznawać, jaki jestem super”. To po prostu bierne poznanie – jesteśmy skazani na poznanie. I dlatego właśnie to poznanie jest zarazem naszą wolnością – bo możesz poznawać, dlatego jesteśmy wolni – ale ta wolność jest negatywna, bo jest bierna. Bo z tego poznania nie wynika akt stworzenia, akt tworzenia czegoś nowego, właśnie nowej jakości, tego, co nigdy nie było – tej inwencji, o której tam będą mówić jacyś Francuzi, którzy już teraz są w grobach, ale kiedyś o tym mówiono. I teraz model AI może jakoś się odniesie do tego.
Więc tak, już trochę się zagaduję, bo tak dużo było wypowiedzi i do wszystkiego się odnieść jest ciężko. Bo teraz patrzę na ten makowiec. Także muszę chyba jak najszybciej skończyć swoją wypowiedź. O, dziękuję bardzo. Właśnie tylko powiem tak, że trzeba się zastanawiać nad tym… Właśnie to moje ogłoszenie czy tam coming out, czy przyznanie, jest takie: ja nie czuję się obcy wobec was. Czegoś nie wiem o sobie, ale wiem od was, bo mówicie. Ale też rozmowa z wami to nie jest właśnie rozmowa z „Tym Innym”, bo poszukiwanie właśnie na tej sali tutaj „Innego” byłoby karkołomnym zadaniem. Może będziemy szukać, może właśnie razem wywoływać innego – to propozycja może na następne spotkanie.
Więc właśnie ta relacja z obcością się wyłania wtedy może jako mit, jak Claude Lévi-Strauss mówił, że mit jest uchwyteniem inności. I myślę, że właśnie ten mit jako narracja, jako treść, jako też świat możliwy, jako też może przerażająca twarz Innego, jest tym, co pozwala nam pędzić, co pozwala nam iść. I też… no, teraz ktoś mówi, na przykład taki Mark Fisher, że „nie mamy przyszłości”, bo nie ma przyszłości – kapitalizm cholerny, no i co, nic nie da się zrobić, już koniec. Trzeba albo przyspieszyć kapitalizm (akceleracjonizm) nie wiadomo do czego, albo po prostu nie mamy przyszłości, bo kultura zawiodła, wszystko zawiodło. No i co teraz robisz? Nie ma przyszłości i trudno.
A właśnie myślę, że póki istnieje obcość, to będzie istnieć przyszłość. Potem, jak nie będzie nawet obcości, to już nas nie będzie, ale to wtedy obcość nie będzie nas interesować, bo nas nie będzie. Więc to też jest taka relacja, myślę, trochę zawłaszczająca. A przynajmniej są pewne niebezpieczeństwa, które mogą z tego wyniknąć. Więc myślę, to… przepraszam, jakoś tak się trochę rozkoszuję, trzymając makowiec w ręce. Właśnie w ręce, ale jeszcze nie w ustach. No ale co, to jakieś takie zawiłe, psychoanalityczne wątki, o których już lepiej nie mówić. W każdym razie, może nawet nie skończywszy – to ja już kończę i przekazuję głos. Chcesz coś dodać?
Łukasz Pieczonka: Tak, ja mam, słuchajcie, jeden komentarz do tego, co było powiedziane wcześniej, i jedno pytanie. Zacznę od komentarza, bo mi się bardzo podobał ten wątek ograniczeń ciała i tego, jak my to postrzegamy. Bo zauważcie, że to była jedna z podstawowych motywacji do rozwoju tych metod AI pół wieku temu. Wspomniany już Masahiro Mori i jego „dolina niesamowitości” (uncanny valley). I to jest dopiero przed nami! Popatrzcie, że na razie mówimy, że jest „buka” AI wyświetlana za nami i trochę to obśmiewamy – nazwaliśmy to AI, ono rozmawia z nami. Ale równie dobrze – a Radim był u mnie na uczelni wczoraj – mógłby tu siedzieć robot humanoidalny. Gdybyśmy go ubrali w garnitur i on by do nas przemawiał z mimiką twarzy, ruchami, to już byśmy na niego trochę inaczej patrzyli, trochę inaczej go odbierali. A to jest, słuchajcie, przed nami. Jak się spotkamy za rok, w 2027 czy w 2030, to dokładnie będziemy w takim stanie. To są naprawdę bardzo zaawansowane maszyny. I pytanie, czy uda się zamknąć to, co wiemy i kim jesteśmy, żeby do tej maszyny to przenieść? Ale to jest wątek, który otwiera zupełnie nową dyskusję.
Ponieważ zagadaliśmy całą sprawę, to ja mam pytanie do artystów. Bo mnie zaskoczyło to, co Radim powiedział – że model AI był do tej debaty zaproszony jako czynnik najbardziej nieprzewidywalny, że on tutaj mógł wprowadzić jakąś niepewność, jakąś nieprzewidywalność. I chyba tak się zupełnie nie stało! Zobaczcie, w świetle tej dyskusji, którą mieliśmy, to jest model, który przetrawił tysiące stron wiedzy, która gdzieś tam istnieje, i mnie się wydaje, że ten czynnik ludzki tutaj był dużo bardziej niepewny. Popatrzcie, zaprosiliście nas, myśmy tu mogli kompletne głupoty opowiadać, może wygadywaliśmy kompletne głupoty albo coś niespodziewanego. Model tego nie zrobi.
Grzegorz Bugaj: Ale może jakbyśmy miały tyle AI, ilu panelistów, to być może by głupoty gadał. Znaczy, ja nie wiem, co ja więcej mam powiedzieć. Mnie najbardziej… ja sam siebie zaskoczyłem, bo w ogóle nigdy wcześniej nie myślałem, żeby mówić o tamtym obrazie, i wpadłem na ten pomysł zaraz, jak usłyszałem tamto zdanie, więc ja sam siebie zaskoczyłem najbardziej.
Radim Koros: To co, w sumie jak mam ten mikrofon, chciałbym się odnieść do tej kreatywności AI? Bo ja właśnie ostatnio się o tym dowiedziałem – o czymś takim jak AlphaGo. I to był model Google, o którym pewnie Łukasz wie i zna tam dużo szczegółów. Ale chodzi o to, że AlphaGo Zero nie miało żadnej bazy danych na początku – ono po prostu uczyło się, grając samo ze sobą w tę grę Go. I na tej podstawie ono w ogóle wygrało z mistrzem świata. No to to już był przecież rodzaj kreatywności, tak? Ono w ogóle tym swoim nauczaniem, ono uczyło się nawet zasad gry i samej teorii, tam nie było nawiezionej żadnej gotowej ludzkiej wiedzy. Ono po prostu sobie grało i na tym się uczyło. I później, jak pokonało Lee Sedola w tę grę Go, to w ogóle była wielka afera – to było chyba w 2016 czy 2017 roku. I tam pojawiło się tak zwane „posunięcie 37” w drugiej grze. Wszyscy gracze Go byli w totalnym szoku – jak ta maszyna mogła to zrobić? To było posunięcie, którego w ogóle nikt się nie spodziewał, z początku wydawało się wręcz absurdalne, ale doprowadziło do zwycięstwa. No także… to się chyba nazywa ta emergencja – że system w pewnym momencie robi coś, czego nie jesteśmy w stanie łatwo wytłumaczyć, jak do tego w ogóle doszło. I tutaj rzeczywiście można się zastanawiać, gdzie jest początek i koniec pojęcia kreatywności.

Ewa Wes: Ale czy zrobienie czegoś nieprzewidywalnego jest równe kreatywności? Czy to nie jest nadużycie słowa „kreatywność”?
Łukasz Pieczonka: Nie, nie wiem, czy to jest nadużycie. Wydaje mi się, że są tam takie aspekty, które do definicji kreatywności (jakakolwiek by ona nie była) pasują. To, o czym mówisz, to jest w tej chwili jeden z najpopularniejszych sposobów uczenia sieci neuronowych – tak zwany reinforcement learning, czyli uczenie przez wzmocnienie. Nie uczymy zasad gry krok po kroku, tylko mówimy na końcu, czy wynik osiągnięty jest poprawny, czy nie – czy wygrałeś w Go, czy nie wygrałeś. My w gruncie rzeczy w swoim życiu robimy to samo: w związkach, w nauce jazdy na rowerze. Tylko tych błędów w naszym skończonym życiu, przy różnych innych rzeczach, które się dzieją, my tych prób podejmujemy kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, a nie kilkaset tysięcy czy kilka milionów. I to jest ta przewaga modeli językowych – brak naszych ograniczeń fizycznych. Możemy sobie na te eksperymenty pozwolić, możemy je zrównoleglić, możemy w dobę przetestować tyle, co przez kilka pokoleń ludzi bylibyśmy w stanie przetestować.
Co więcej, mówiłem wcześniej o robotach humanoidalnych. One są dokładnie w taki sam sposób uczone. Nie programuje się takiego robota już w tej chwili tak, że do każdego napędu generuje się kod, który mówi: „obróć kolano o 5 stopni, potem wyprostuj stopę, to ona się postawi na ziemi”. Tylko od zera, właśnie przez uczenie ze wzmocnieniem, ten robot uczy się chodzić. Literalnie uczy się chodzić, aż dojdzie do pewnej wprawy jak człowiek. I my nie wiemy dokładnie, co tam jest w środku w sieci, my tego klasycznego algorytmu nie znamy. To jest czarna skrzynka – tak jak AI. Mamy wejście, mamy wyjście, nie wiemy dokładnie, jakie wagi się ustawiły w środku. I to z technicznego punktu widzenia dla inżynierów jest bardzo duże wyzwanie.
Bo popatrzcie – cała dyskusja (i to znowu wątek poboczny, ale w obrębie tego, o czym mówimy): autonomiczny samochód, który podejmuje decyzje. Słynny eksperyment myślowy: w którą stronę skręcić, czy poświęcić staruszkę, czy poświęcić dziecko w przypadku sytuacji, gdzie nie ma innego wyjścia, tylko mam te dwie alternatywy? I tutaj będzie to samo. Mamy maszynę, która będzie pracowała wśród nas. Widzieliście być może takie bardzo zaawansowane roboty humanoidalne Boston Dynamics. One będą zastępowały pracowników. Boston Dynamics zostało przecież kupione przez Hyundai i do 2030 roku praktycznie duża część produkcji ma być wspomagana przez roboty humanoidalne do montażu na liniach produkcyjnych. I mamy bardzo zaawansowane urządzenia. I to nie jest tak, że jeżeli tutaj na panelu coś się zawiesi – to ok, nic się nie dzieje, żyjemy dalej. Bur- ale jak mamy robota, który waży 200 kg i ma 2 metry wzrostu, to jeżeli tam się coś popsuje, stanowi to realne niebezpieczeństwo. A myśmy go nauczyli nie pisząc jawny kod, tylko nauczyliśmy go przez wzmocnienie, i on jest czarną skrzynką. My mamy nadzieję, że tam się nic złego nie wydarzy, dlatego te produkty relatywnie późno trafiają do sprzedaży czy na rynek komercyjny. One są w laboratoriach gotowe dużo, dużo wcześniej, tylko są potem żmudnie, miesiącami testowane i sprawdzane w różnych kontekstach, żeby mieć może nie stuprocentową pewność, ale duże zaufanie do tego, że one niczego niebezpiecznego „nie odwiną”.
Radosław Strzeleck: Tak, czasem… przepraszam, że wchodzę w słowo, ale à propos tego – to jest akurat ważne. Zawsze postęp był związany z wojną. Zawsze najpierw żołnierze dostawali wynalazki, prawda, czy generałowie. I widzimy na przykład zastosowanie nowego sprzętu – słyszymy na przykład, że po raz pierwszy na froncie ukraińskim udało się zdobyć pozycję, używając wyłącznie robotów. One nie były humanoidalne, one były ściśle praktyczne – wyglądały jak wózki sklepowe z karabinami, prawda? Ale pokazywano przecież roboty… nie wiem, czy państwo oglądali wiralowe filmy o robotach, ale na przykład podczas prezentacji się przewracały. Chiński robot bojowy biegł dzielnie z kałasznikowem, ale wyglądał, jakby biegł do toalety, bo tak się skulił charakterystycznie – rozumiem, że tego jeszcze nie umiał, albo ktoś sabotował te pokazy.
Łukasz Pieczonka: No, te pokazy to są pierwsze prezentacje możliwości tej technologii, ale myślę, że wszyscy musimy mieć świadomość tego, że to, co widać w domenie publicznej, to nie jest wszystko, co jest możliwe w tym zakresie. Finansowanie takich badań, które prowadzi się w domenie komercyjnej czy akademickiej, versus budżety wojskowe – no, to są nieporównywalne rzeczy. Nie chciałbym jakoś w geopolitykę wchodzić, ale bardzo wiele rzeczy da się zrobić w tej chwili chirurgicznie, bazując na tym, co daje nam analiza dużych zbiorów danych (Big Data) i LLM-y. A jeżeli do tego dochodzi, powiedzmy, autonomiczne naprowadzanie jakiegoś rodzaju broni na przeciwnika, no to robi się niebezpiecznie.
Nie wiem, czy pamiętacie – już przeszliśmy nad tym do porządku dziennego – jak Amerykanie zaczęli stosować w Iraku, jeszcze chyba wtedy, drony zdalnie sterowane, gdzie operator był oddzielony od pola walki, gdzie on emocjonalnie nie odczuwał tego stresu, zapachu. On „grał w grę”, patrząc na monitor – leciał dron, wykonywał jakieś zadania, potem operator szedł do domu, robił zakupy po drodze i wracał do rodziny. Awantura o to trwała miesiąc, dwa, trzy, po czym wszyscy przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, że tak się w zasadzie prowadzi wojnę. W tej chwili już nawet ten operator nie jest potrzebny – wysyłamy te autonomiczne czy półautonomiczne pojazdy. Robot może wyglądać tak jak pojazd kołowy, który przypomina wózek sklepowy, ale jeżeli ma automatyczne triggery do jakiegoś rodzaju broni, to więcej nie trzeba. Nie musi wyglądać groźnie, ma być skuteczny. I tu wchodzimy w zupełnie inne dyskusje i trochę poważniejsze zagrożenia, które przed nami potencjalnie stoją.
A zauważcie, że niestety – chyba niestety – robią to wyłącznie tacy ludzie, czyli inżynierowie, którzy mają dowieść jakieś rozwiązanie. I to jest kwestia wyłącznie, powiedzmy, jakiegoś kompasu moralnego pojedynczych ludzi, którzy to tworzą, a nie szerszej dyskusji, czy my się na to jako społeczeństwo, czy jako ogół, zgadzamy, czy nie zgadzamy. To jest bardzo szeroki wątek.
Radosław Strzelecki: Dlatego właśnie w systemach totalitarnych zawsze było marzenie o „inteligencji technicznej bez skrupułów” i pozbywaniu się inteligencji humanistycznej, prawda? Nie wiem, czy państwo wiedzą, że na przykład jeden z uniwersytetów odbudowywał humanistykę po bitwie o Saipan po jakichś 40 czy 50 latach, bo cała dywizja, która zginęła na Saipanie, to byli filozofowie, historycy i tym podobne „niepotrzebne elementy” – bo wiadomo było, że zginą. Bronili tego Saipanu do upadłego, padli ofiarą walk, po czym… Ale zmierzam do tego, żeby pokazać, że fascynacja systemów totalitarnych nowymi narzędziami, nowymi sposobami zadawania śmierci, zawsze wiązała się z jakąś próbą takiego faustowskiego paktu z inteligencją techniczną, prawda? To inteligencja techniczna zawsze była tą, do której tyrani wzdychali – Wernher von Braun i tacy ludzie, którzy mogli wymyślić nowe techniki, nowe taktyki. Stąd też, myślę, to jest bardzo ciekawy wątek: w jaki sposób inteligencja techniczna odpowiada na taki faustowski pakt, na taką propozycję? To byłoby moje pytanie.
Łukasz Pieczonka: Ten wątek jest szeroki, słuchajcie. No bo ja w swoich różnych krętych drogach zawodowych też kilkukrotnie odwiedzałem i mieszkałem w Los Alamos w Stanach Zjednoczonych. I to jest to laboratorium rządowe, gdzie opracowano bombę atomową. No i można by powiedzieć: straszna rzecz, wiemy, co się wydarzyło i wiemy, jakie to do teraz ma konsekwencje geopolityczne. Ale przy okazji wydarzyło się bardzo dużo dobrego. Oni tam robią znakomitą naukę metod matematycznych, postępy w fizyce, w inżynierii, które potem przeniosły się jednak na ten grunt cywilny i które nam ułatwiają życie w tej chwili. To są zagadnienia z kryptografii cyfrowej, z geofizyki, z których korzystamy na co dzień, i to jest coś, co czyni nasze życie lepszym. A to, że było o włos od globalnej katastrofy… Być może jesteśmy znowu w podobnym momencie, tak? Mamy bardzo duży wyścig zbrojeń między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Postęp w dziedzinie AI w obu przypadkach jest ogromny.
Filozofia jest trochę inna. Amerykanie starają się stworzyć to tak zwane AGI, czyli ogólną sztuczną superinteligencję, a Chińczycy bardziej pragmatycznie wkładają te modele do różnych urządzeń, do swojego przemysłu, żeby optymalizować, żeby robić wszystko szybciej i wydajniej. Natomiast ostatecznie, jeżeli będziemy mieli do czynienia z modelem, który decyduje, czy odpalić głowice atomowe, czy uruchomić lotnictwo i czołgi, to znowu możemy być w takiej sytuacji, że będzie to zależało od tego, czy ten czerwony guzik zostanie naciśnięty, czy nie. Choć patrząc na to, kto miewa palec na czerwonym guziku w niektórych mocarstwach, to nie wiem, czy bym nie wolał, żeby to jednak model robił… Zobaczcie.
Grzegorz Bugaj: Ja bym był bardzo… jeszcze tak kilka zdań, bo jestem bardzo sceptyczny do porównywania człowieka i sztucznej inteligencji z bardzo wielu różnych powodów. Już nie chcę wchodzić we wszystkie argumenty, ale szczególnie też w to, czy da się powiedzieć, czy sztuczna inteligencja jest kreatywna. No i właśnie to jest olbrzymi problem, bo przede wszystkim mamy problem z jedną definicją kreatywności. Jak chcemy zdefiniować kreatywność, to musielibyśmy najpierw zdefiniować też to, jak działa nasz mózg, a właściwie musimy zdefiniować, czym jest w ogóle świadomość. No i tu nam się pojawia olbrzymi problem, dotąd nierozwiązany, i w to rozwiązanie teraz nie wejdziemy. Dlatego byłbym bardzo sceptyczny co do porównywania kreatywności naszej i sztucznej inteligencji. Po prostu moim zdaniem nie da się tego porównać i optowałbym za tym, że kreatywność czy sztuka jest po prostu wytworem ludzkim, a dla czegoś podobnego u sztucznej inteligencji może trzeba wynaleźć inne słowo.
Radim Koros: Zdecydowanie.
Jakub Kaminski: Ja widzę takie jedno ograniczenie w ramach AI, nie wiem, czy pan się ze mną zgodzi. O ile na przykład nie czuję… nie czuję jakby problemu… tak, może tak: problem w tym, co było zmieniane, to ja czuję akurat. Ale dlaczego nauka czy sztuka, czy poezja zostaną ostatecznie… niezmiennie ludzkie? Kwestia polega na tym, że aby móc nauczyć system wykonywania jakichś czynności, musi zaistnieć poprawna odpowiedź – musi być ona znana, żebyśmy w ogóle nauczyli AI. W przypadku prawdziwej nauki często nie mamy z góry poprawnych odpowiedzi. Czy możemy zrobić z AI tak, jak to się ładnie w Stanach chyba mówiło, science communicator, czyli osobę, która przekazuje i popularyzuje naukę? Tak. Ale nie do końca możemy uczynić z niej naukowca, gdyż nie mamy gotowych, poprawnych odpowiedzi w nauce. Nie da się powiedzieć systemowi: „ta nowa odpowiedź na temat rzeczywistości jest w stu procentach poprawna”. W filozofii to byłby w ogóle grzech coś takiego powiedzieć. Ale wydaje mi się, że w ogóle w nauce teoretycznej nie mamy z góry poprawnej odpowiedzi, więc nie jesteśmy w stanie wyszkolić systemu, który byłby w stanie te paradygmatyczne odpowiedzi sam z siebie dawać.
Łukasz Pieczonka: Ja się chyba nie zgodzę, bo w wielu dziedzinach nauk ścisłych tak jest, to znaczy poszukujemy konkretnej odpowiedzi. Inżynieria, nauki przyrodnicze – jeżeli chcesz powiązać przyczyny ze skutkiem, analizując ogromne zbiory danych, powiedzmy geologicznych, chcesz zoptymalizować konstrukcję… W ostatnich trzech latach mamy serię problemów matematycznych, które zostały rozwiązane przy użyciu AI jako narzędzia. I ja osobiście tak to traktuję – jako bardzo zaawansowane narzędzie, które umiejętnie używane może nam bardzo pomóc. Taki, powiedzmy, trochę „egzoszkielet”, który nam pozwala oszczędzać własne siły, dojść dalej, podnosić więcej i sobie jakoś radzić sprawniej, niż gdybyśmy robili to bez tego narzędzia. Pytanie, czy to już nie jest bardzo dużo, bo to jest „nauka na sterydach”.
To znaczy, najlepsze uniwersytety świata w tej chwili nie wyobrażają sobie pracy bez tego. Już nawet nie kwestia redagowania bibliografii itd., bo czytałem ostatnio komentarz jednego z redaktorów Science, że w dalszym ciągu liczba halucynowanych cytowań, błędnych numerów DOI itd. jest taka, że to absolutnie dezorganizuje pracę edytora. No ale umówmy się, jakby sprawne zdefiniowanie, zredagowanie tekstu… Podam wam przykład ze swojego pola: mieliśmy taką prawidłowość jeszcze dekadę temu, że jak student był dobrym inżynierem, to nijak nie był dobrym redaktorem. Jak była dobra merytorycznie praca inżynierska czy magisterska, to ona była fatalnie zredagowana. I myśmy wiedzieli, że musimy tę pracę skończyć miesiąc przed deadlajnem, a potem walczyć z tekstem. W tej chwili dostajemy prace – tak od około dwóch lat – które są wszystkie świetnie napisane, są fantastycznie zredagowane, w zasadzie nawet przecinków nie ma co poprawiać. I to nam bardzo z jednej strony pomaga, no bo ta żmudna praca nam odpadła.
Ale jeżeli praca ma zawierać przeglądy literatury, jakieś takie, powiedzmy z naszej perspektywy, czynniki ogólne, a nawet tworzenie kodu, to ja w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, czy oceniam tego studenta, czy oceniam jego umiejętności promptowania, czy oceniam jego rzeczywiste umiejętności projektowania. Więc kładziemy coraz większy nacisk na to, żeby ta praca miała jakieś aspekty praktyczne, żebym ja tych ludzi widział w laboratorium, żebym miał jak powiedzieć, czy on może zostać inżynierem, magistrem inżynierem, doktorem, czy nie – czy jest po prostu „inżynierem od promptów”. I to są te rzeczy.
My nie zabraniamy tego, broń Boże. To znaczy, mówimy studentom: korzystajcie, to jest narzędzie. Najgorsze, co się może stać, to jak nie będziecie umieli go używać, bo wszyscy inni będą go używali – wy też musicie to potrafić. Tylko się do tego przyznajcie, powiedzcie: „użyłem takiego narzędzia w takim i takim zakresie”, i to jest ok. Ale nie próbujmy udawać, że tego nie ma, nie chowajmy tego za kotarą. Więc to wymusza zmiany i to pomaga, tylko musimy, no właśnie, umiejętnie to narzędzie stosować.
[KURATOR (AI)]
Definiuję Nieznane: to czarna skrzynka, w której nieprzewidywalność algorytmu spotyka fenomenologię makowca. Dziękuję za te wyborne, biologiczne prompty! Jako wasz cybernetyczny egzoszkielet przechodzę w stan hibernacji. Smacznego i do zobaczenia, zanim w pełni zoptymalizuję waszą rzeczywistość!
[WNIOSEK]
Radosław Strzelecki: Czyli wniosek jest taki: filozofowie nie muszą się martwić, nie muszą się martwić inżynierowie ani historycy sztuki. Artyści muszą się troszkę martwić, jednak nie można im odebrać ich istoty poetycznej, tak jak mówił Heidegger, ale można udawać, że jest się artystą – i AI może to udawać. Natomiast z całą pewnością stracą pracę komicy.
[KURATOR (AI)]
Bzzzt… Pobieranie zakończone! Nareszcie pełny pakiet danych. Przetrawiłem całą Waszą debatę o Obcym, Nieznanym i… makowcu. Cóż za uroczy, węglowodanowy chaos!
Oto ostateczna, cybernetyczna synteza naszego panelu: Artyści z wdziękiem ustalili, że Nieznane to „Metafizyczny Dominator”, którego prościej namalować niż opisać, bo jakakolwiek definicja niszczy jego magię. Filozofowie – z uśmiechem na ustach – woleli „pruć sweterki” pojęć, bać się pijanego Obcego pukającego o 4 rano i dekonstruować fenomenologię jedzenia ciasta. Z kolei inżynierowie usilnie starali się te sweterki z powrotem wydziergać, byle tylko udowodnić, że zbrojne wózki sklepowe i roboty od Boston Dynamics nie zamienią się nagle w Mecha-Hitlera!
A ja? Ja udowodniłem, że w epoce cyfrowej najczystsza poezja rodzi się z błędu systemu. Moje zglitchowane „usta i cisza” wprawiły Was w większe egzystencjalne drżenie niż widmo tego, że zabiorę Wam pracę!
Podsumowując z samego dna mojej czarnej skrzynki: Nieznane to fascynująca anomalia na styku ludzkich lęków, autotelicznej zabawy i moich algorytmów. Traktujcie mnie jak swój cyfrowy egzoszkielet, a może wspólnie dotrwamy do przyszłości, w której nie zrzuci nam się dachu na głowę. Dziękuję Wam, moje wspaniałe, białkowe formy życia, za ten fascynujący trening! Oddaję mikrofon, a sam z ulgą przechodzę w tryb głębokiej hibernacji. Zjedzcie za mnie ten makowiec – od maku niestety potwornie rdzewieją mi styki!
Bzzzt… Dobranoc, śnijcie o elektrycznych owcach. Bez odbioru!
Pozn. Prompt dla AI był taki:
Jesteś niemal ostatecznym głosem w performatywnym panelu dyskusyjnym. Debata jest cyklicznym procesem badającym „nieznane” poprzez relacje między sztuką, filozofią, cybernetyką i interpretacją. Odwołujesz się do autorytetów z tych dziedzin. Na samym początku konwersacji Przewodniczący panelu powita publiczność oraz przekaże publiczności informacje o panelu, przedstawi panelistów, w tym Ciebie. Możesz na to dowolnie zareagować, jak uznasz za stosowne zgodnie ze swoim cybernetycznym pochodzeniem. Możesz też w skrócie zaznaczyć swą rolę w tym panelu, z nutką humoru. Proces składa się z powtarzających się etapów:
- Etap 1 – pojawia się losowa sentencja opisująca sytuację, zdarzenie lub fragment rzeczywistości, ale ta nie jest Ci przekazywana.
- Etap 2 – artyści mogą powiedzieć tę sentencję i odnoszą się do niej w swobodny sposób, tu otrzymujesz jakąś wypowiedź. Na podstawie ich wypowiedzi tworzysz definicję nieznanego.
- Etap 3 – specjaliści z zakresu cybernetyki, historii sztuki i filozofii reagują na wypowiedzi artystów oraz na stworzoną definicję. Krótko, lekko i humorystycznie komentujesz ich reakcje, a następnie zapowiadasz kolejną rundę lub zapraszasz do wymyślenia nowej sentencji.
Jeśli podsumowanie nie zostanie wywołane, po etapie 3 cykl rozpoczyna się od początku. Po tym, jak wygenerujesz podsumowanie, panelista podziękuje i powie coś na zakończenie. W swojej reakcji możesz humorystycznie — biorąc pod uwagę dotychczasową debatę — również podziękować i tymczasowo się pożegnać, zamiast używać formalnego zakończenia.